służba zdrowia_2

Przetargi, które duszą zdrowie

Od wielu lat zajmuję się procesami zakupowymi. Ostatnio widzę coraz wyraźniej niepokojące zjawisko. Prawo zamówień publicznych w ochronie zdrowia przestaje być narzędziem. Zaczyna być realną przeszkodą.
Ustawa miała porządkować wydatki. Jej celem była ochrona publicznych pieniędzy i zapewnienie konkurencji. W szpitalach pełni jednak inną rolę. Staje się barierą między pacjentem a pomocą. Utrudnia relację między lekarzem a niezbędnym narzędziem. Oddziela decyzję medyczną od realnego działania.

Zdrowie nie czeka na termin otwarcia ofert

W teorii wszystko się zgadza. Jest procedura i specyfikacja (SWZ). Są sztywne terminy oraz ścieżka odwoławcza. W praktyce wygląda to inaczej. Oddział czeka miesiącami na sprzęt potrzebny „na wczoraj”.
Szpital kupuje to, co wygrało ceną. Jakość schodzi na drugi plan. Lekarze uczą się obsługi „najtańszego odpowiednika”. Taki sprzęt spełnia wymagania na papierze. W świecie klinicznym jednak często zawodzi.
PZP nie zna pojęcia pilności medycznej. Zna tylko tryb ustawowy. W medycynie każda decyzja ma wymiar ludzki. Opóźnienie zakupu aparatury to nie ryzyko projektowe. To realne konsekwencje dla pacjentów.
Każde odwołanie do Krajowej Izby Odwoławczej (KIO) to kolejne tygodnie zwłoki. System działa wtedy w trybie prowizorki. Źle opisana specyfikacja rodzi kolejne problemy. Trafia do nas sprzęt zgodny z prawem, ale nieprzydatny na oddziale ratunkowym.

Prawo dla betonu, nie dla życia

Gdzie leży źródło problemu? Nie chodzi o to, że prawo jest złe w założeniach. Kłopot w tym, że przepisy dla budownictwa próbują regulować kwestie życia i śmierci.
Szpitale nie kupują tylko materiałów biurowych. Kupują respiratory i tomografy. Nabywają systemy ratujące czas. A czas w medycynie jest walutą o najwyższej wartości.
Tymczasem prawo zamówień publicznych w ochronie zdrowia premiuje ostrożność. Ważniejsza jest procedura niż odpowiedzialność kliniczna. Lepszy jest przetarg „nie do podważenia” niż zakup realnie potrzebny.
Dyrektor szpitala staje się bardziej prawnikiem niż menedżerem. Lekarz zmienia się w petenta. Musi on uzasadniać medyczne oczywistości w języku paragrafów.

Strach przed kontrolą

Najgorsze jest to, że wszyscy widzą ten problem. I wszyscy boją się zmian. Powodem jest strach przed kontrolą. Obawiamy się RIO (Regionalna Izba Obrachunkowa). Boimy się wizyty NIK. Tak jest bezpieczniej.
Zadajmy sobie jednak pytanie. Bezpieczniej dla kogo? Dla urzędnika, czy dla pacjenta?
System zakupowy musi uwzględnić specyfikę medycyny. Potrzebujemy elastyczności i szybkości. Jakość musi być ważniejsza od ceny. Inaczej sytuacja się nie zmieni.
Obecnie system formalnie działa bez zarzutu. Generuje tomy dokumentacji. Faktycznie jednak dławi tych, których miał chronić. Procedura nie może wygrywać z ratowaniem życia. Jeśli tak jest, mamy problem z prawem. Zapomniało ono, po co w ogóle istnieje.

Grzegorz Bebłowski

Doświadczony ekspert w dziedzinie zamówień publicznych, działający w branży od 2007 roku. Jako pełnomocnik Ogólnopolskiego Porozumienia Organizacji Samorządowych, przyczynił się do istotnych zmian legislacyjnych, co zostało docenione medalami i wyróżnieniami. Posiada solidne wykształcenie prawnicze i ekonomiczne z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego oraz Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie.
Jako biegły sądowy i członek Polskiego Stowarzyszenia Rzeczoznawców i Biegłych Sądowych, publikuje artykuły i bierze udział w debatach branżowych, dbając o najwyższe standardy etyczne w swojej pracy.

Zapraszam do kolejnych felietonów:

Przewijanie do góry