imunitet_felieto_1500x700

Polska choroba legislacyjna: Prawo pisane na kolanie i jego skutki

Ostatnie miesiące spędziłem na obserwowaniu procesu legislacyjnego z bliska. Zbyt bliska. Jedno z rozwiązań — nieistotne tu, bo nie o nim chcę pisać — potraktowano tak, jak zwykle traktujemy w Polsce prawo: jak krzyżówkę niedopowiedzeń, pośpiechu i improwizacji. Wtedy po raz kolejny zrozumiałem, że nie chodzi o przypadek, lecz o regułę. Jest w naszym państwie pewien nawyk: pisania prawa bez świadomości konsekwencji. Z entuzjazmem nastolatka, który buduje samochód wyścigowy, nie znając różnicy między silnikiem a karoserią. Najlepsze jest to, że potem wszyscy dziwią się, że to nie jedzie.

Prawo jako gest, nie jako narzędzie

W zdrowych państwach prawo jest jak infrastruktura: ma działać, nie robić wrażenia. U nas jest odwrotnie. Tworzenie ustawy to spektakl. Ważne, by był komunikat: „zrobiliśmy coś”. Dlatego projekty powstają jak odpowiedzi na ankiety Twittera — w emocjach, szybko i bez korekty.
Politycy lubią mówić, że działają dla ludzi. Problem polega na tym, że tych ludzi nikt nie pyta. Eksperci? Zbędny dodatek. Praktycy? Odsunięci. Konsultacje? Traktowane jak zbędny rytuał, który trzeba odbębnić, a nie jak rozmowę. W efekcie otrzymujemy prawo, które wygląda na papierze, a rozpada się w rękach urzędnika, który musi je wdrożyć.

Pośpiech – matka głupoty ustawowej

W Polsce ustawa to produkt spożywczy z bardzo krótkim terminem ważności. Trzeba ją dowieźć do weekendu, bo w poniedziałek jest inne polityczne otwarcie. O tym, że systemy informatyczne potrzebują czasu, że urzędnik ma dwie ręce, a nie trzy, że praktyka administracyjna ma tempo biologiczne, a nie kampanijne — zapominamy.
Pośpiech w polityce ma jeden skutek: tworzymy prawo z myślą byle szybciej, a później łapiemy się za głowę, gdy trzeba je poprawiać, uszczelniać, prostować, łatać. Dzisiaj wszyscy tęsknimy za nowelizacją, jutro za nowelizacją nowelizacji.

Brak odpowiedzialności – system, który niczego nie uczy

Gdy ustawa nie działa, winny jest zawsze ktoś inny: urzędnik, który źle zrozumiał, informatyk, który nie wdrożył, przedsiębiorca, który nie wypełnił. Nigdy sam autor. W Polsce nie istnieje mechanizm odpowiedzialności projektodawcy.
Twórca przepisu może przejść do historii i zostawić w spadku bałagan — a potem zająć się nowym projektem. To trochę jak z architektem, który buduje most, a gdy zawala się pod pierwszym samochodem, mówi: To wina kierowcy. Jechał!. I ten architekt dostaje kolejne zlecenie.

Dominacja logiki politycznej nad rzeczywistością

Największą plagą procesu legislacyjnego jest to, że przepisy powstają nie po to, by działały, lecz by odpowiadać na medialne emocje. Polityk widzi problem? Musi mieć ustawę. Problem znika? Nikt nie sprawdza, co dzieje się ze skutkami ubocznymi. To prawo reaktywne, a nie systemowe. Tworzone pod nagłówki, nie pod funkcjonowanie państwa.
Z czasem te kolejne łatki zaczynają żyć własnym życiem — aż w końcu okazuje się, że nikt nie wie, jak właściwie działa ustawa, do której dopisano 16 nowelizacji w trzy lata.

Głos ekspertów – słuchany tylko wtedy, gdy pasuje

Kiedyś na poważnie pomyślałem, że inżynier powinien projektować mosty, lekarz operować, a prawnicy i praktycy administracji — pisać prawo. Naiwność. W rzeczywistości ekspert w Polsce jest słuchany tak długo, jak długo nie mówi o ograniczeniach. Jeśli wspomni o ryzyku, o kosztach, o praktyce — staje się hamulcowym, przeciwnikiem zmian, biurokratą.
Wtedy do gry wchodzą poprawki pisane flamastrem na kolanie, czasem o 2:00 w nocy, między kolejnymi głosowaniami. I to widać. W przepisach, które nie są ani złe, ani dobre — są po prostu nieużywalne.

Ile kosztuje nas złe prawo?

Wiele lat temu sądziłem, że spór o jakość prawa jest akademicki. Że to batalia ekspertów, profesorów, kancelarii. Potem zrozumiałem, że to sprawa jak najbardziej praktyczna. Bo złe prawo nie kończy się w Sejmie. Ono zaczyna tam dopiero żyć.
Roszczenia, mandaty, stracone budżety, strach przed podpisaniem umowy, chaos w urzędach, nerwowe interpretacje, sądy pełne spraw, których nikt nie chciał. To jest koszt. Nasz wspólny.
Nie mam złudzeń. Polska nie potrzebuje twardszej ręki ani większej liczby ustaw. Potrzebuje pokory w ustawodawstwie. Potrzebuje wyciszenia emocji, wydłużenia procesu, przyjęcia, że wiedza ekspercka nie jest przeszkodą, lecz paliwem. W przeciwnym razie będziemy wciąż wracać do tego samego punktu: napiszemy piękne przepisy, po czym zderzymy się z rzeczywistością — i tę rzeczywistość obwiniamy za to, że nie działa według naszej fantazji.

Grzegorz Bebłowski

Doświadczony ekspert w dziedzinie zamówień publicznych, działający w branży od 2007 roku. Jako pełnomocnik Ogólnopolskiego Porozumienia Organizacji Samorządowych, przyczynił się do istotnych zmian legislacyjnych, co zostało docenione medalami i wyróżnieniami. Posiada solidne wykształcenie prawnicze i ekonomiczne z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego oraz Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie.
Jako biegły sądowy i członek Polskiego Stowarzyszenia Rzeczoznawców i Biegłych Sądowych, publikuje artykuły i bierze udział w debatach branżowych, dbając o najwyższe standardy etyczne w swojej pracy.

Zapraszam do kolejnych felietonów:

Przewijanie do góry