deficyt_budżetowy

Narzekanie na ceny to nasz sport narodowy? Dlaczego galerie pękają w szwach, gdy „na nic nas nie stać”.

Na długi weekend pojechaliśmy z rodziną w okolice Łodzi. Potrzebowaliśmy kilku rzeczy, więc zajechaliśmy do galerii handlowej. Co zastaliśmy? Tłumy ludzi, brak miejsc na parkingu, gwar jak w centrum świata. I pomyślałem sobie: wszystko przecież drogie, zarobki marne, rachunki ogromne — a jednak ludzi wszędzie pełno. Wtedy przyszło mi do głowy, że mamy dziś nową pasję narodową – narzekanie na ceny.

„Inflacja narzekania” kontra pełne restauracje

Wystarczy pięć minut w autobusie, kolejce do lekarza czy na Facebooku, by usłyszeć chóralne: „wszystko drogie!”, „na nic nas nie stać!”. Krajowa inflacja narzekania osiągnęła poziom znacznie wyższy niż ta w GUS-ie. Tymczasem, wystarczy przejść się po galerii handlowej, by dostać dysonansu poznawczego. Parking pęka w szwach, restauracje pełne, torby zakupowe wybrzuszone jak przed świętami. W kawiarniach kolejki tak długie, że można w nich przeczytać pół książki. Jeśli to ma być powszechna bieda – to wygląda wyjątkowo dobrze odżywiona.

Bieda jako stan ducha, a nie portfela?

Nie chodzi o to, że ceny nie rosną. Rosną. Życie naprawdę stało się droższe, rachunki bolą bardziej, a zakupy potrafią wywołać dreszcz niepokoju. Ale gdzieś po drodze zgubiliśmy proporcje. Wygląda na to, że bieda zaczęła być bardziej stanem ducha niż portfela. Coraz częściej nawet ci, którzy mają pracę, samochód i weekendowy wypad do spa, mówią z przekąsem: „biedny jestem”. Bo bieda stała się nową formą tożsamości – daje poczucie wspólnoty w narzekaniu. Daje prawo do złości. Wszyscy jesteśmy biedni, więc nikt nie czuje się zobowiązany, by coś zmieniać.

Prawdziwa drożyzna a frustracja klasy średniej

A przecież w tym zbiorowym narzekaniu gubi się prawda o tych, którzy naprawdę mają ciężko. Bo są w Polsce ludzie, których rzeczywiście na wiele nie stać. Seniorzy, którzy przeliczają każdy grosz między lekami a prądem. Samotne matki, dla których promocja w markecie to nie okazja, ale sposób na przeżycie tygodnia. Ludzie, którzy nie mają kart kredytowych – bo nie mają nawet zdolności, by je dostać. Dla nich słowo drożyzna to nie temat do felietonu, tylko codzienność.
Tymczasem spora część z nas – ta „biedna klasa średnia” z telefonem za kilka tysięcy i kawą na wynos w ręku – po prostu czuje, że powinno być lepiej. Nie dlatego, że jest źle, ale dlatego, że ktoś inny ma lepiej. I tu rodzi się paradoks naszych czasów: nigdy nie mieliśmy tak wiele, a nigdy nie czuliśmy się tak ubodzy. Galerie pełne, kredyty rosną, frustracja też. Kupujemy, by uciszyć niepokój, a potem narzekamy, że nas nie stać. Naród, który niegdyś potrafił przeżyć wszystko, dziś rozkłada ręce, gdy drożeje ser żółty.

Bieda, której naprawdę warto się bać

Więc może zanim znów powiemy, że „na nic nas nie stać”, warto się rozejrzeć. Bo może naprawdę nas nie stać – ale nie na zakupy, tylko na chwilę refleksji i wdzięczności. A to już bieda, której naprawdę warto się bać.

Grzegorz Bebłowski

Doświadczony ekspert w dziedzinie zamówień publicznych, działający w branży od 2007 roku. Jako pełnomocnik Ogólnopolskiego Porozumienia Organizacji Samorządowych, przyczynił się do istotnych zmian legislacyjnych, co zostało docenione medalami i wyróżnieniami. Posiada solidne wykształcenie prawnicze i ekonomiczne z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego oraz Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie.
Jako biegły sądowy i członek Polskiego Stowarzyszenia Rzeczoznawców i Biegłych Sądowych, publikuje artykuły i bierze udział w debatach branżowych, dbając o najwyższe standardy etyczne w swojej pracy.

Zapraszam do kolejnych felietonów:

Przewijanie do góry