
Wiecznie zajęci: Dlaczego permanentnie spóźniamy się na własne życie?
Kiedy polityka staje się teatrem, a obywatele widzami, największą cenę płaci państwo. Przeczytaj felieton o tym, jak polityka emocji niszczy reformy.
W każdej normalnej organizacji obowiązuje prosta zasada. Jeśli ktoś nie wykonuje swoich obowiązków, natychmiast traci stanowisko. Menadżer, który ignoruje ludzi lub generuje chaos, zostaje wcześniej czy później odwołany. Z kolei akcjonariusze wymieniają zarządy, a niezadowolony klient odchodzi od usługodawcy. Niestety, tylko w polityce próbujemy udawać, że ta logiczna zasada w ogóle nie istnieje.
Polityk raz wybrany zaczyna funkcjonować jak ktoś, komu po prostu należy się pełna kadencja. Dzieje się tak niezależnie od jakości jego pracy, skali konfliktów czy utraty społecznego zaufania. A przecież w teorii demokracji sytuacja wygląda dokładnie odwrotnie. To polityk pracuje dla obywatela, a nie odwrotnie.
Polski system polityczny opiera się na niezwykle wygodnym dla władzy modelu. Obywatel ma głos głównie w dniu wyborów. Potem jego wpływ dramatycznie maleje. Oczywiście można protestować, pisać petycje lub chodzić na sesje rady miasta. Mimo to, skuteczne odwołanie polityka w trakcie trwania kadencji staje się często fikcją.
Najbardziej widoczne jest to właśnie przy referendach odwoławczych. Formalnie mieszkańcy mogą łatwo usunąć wójta, burmistrza czy prezydenta. W praktyce system bardziej chroni władzę przed obywatelami. Wymogi frekwencyjne są ogromne, a procedury niezwykle skomplikowane. Co więcej, polityczne zaplecza od razu budują narrację, że samo referendum jest nieodpowiedzialne.
To kompletny absurd. W biznesie nikt nie twierdzi, że zmiana prezesa spółki destabilizuje całą gospodarkę. Wręcz przeciwnie, mechanizmy odpowiedzialności zawsze zwiększają jakość zarządzania.
W polskim samorządzie prezydenci dużych miast stali się niemal politycznymi książętami. Po kilku kadencjach funkcjonują oni bardziej jak właściciele miasta niż jego czasowi zarządcy. W rezultacie każda krytyka odbierana jest jak brutalny atak, a próba referendum jak zamach stanu.
A przecież prezydent absolutnie nie jest monarchą. Otrzymuje on jedynie czasowy mandat do zarządzania naszym wspólnym majątkiem. Jeżeli mieszkańcy uznają, że ten mandat został zmarnowany, powinni mieć realne narzędzia do jego odebrania. To właśnie możliwość rozliczenia władzy stanowi istotę prawdziwej demokracji.
W efekcie dobry menadżer nie zawsze wygrywa wybory. Często wygrywa najlepszy polityk. W komercyjnym biznesie nikt nie utrzymałby dyrektora tylko dlatego, że ten dobrze wypada na konferencjach prasowych. Być może czas zapytać, czy bezpośredni wybór włodarzy rzeczywiście jest najlepszym rozwiązaniem.
Gdyby prezydenta wybierała rada miasta, stałby się on menadżerem ocenianym wyłącznie za skuteczność. Rada mogłaby podjąć decyzję o zmianie znacznie szybciej niż mieszkańcy. Wtedy odwołanie polityka stałoby się realnym mechanizmem odpowiedzialności.
Klasa polityczna chętnie mówi o demokracji, ale wyraźnie unika tematu odpowiedzialności. Politycy często powtarzają: „ocenicie nas przy następnych wyborach”. Niestety, przez kilka lat można zabetonować urząd i pozostawić po sobie gigantyczny chaos. Dlatego łatwiejsze odwołanie władzy jest bezpiecznikiem, a nie zagrożeniem.
Pamiętajmy, że to mieszkańcy finansują funkcjonowanie urzędów. My jesteśmy rzeczywistymi udziałowcami tej wspólnoty. Politycy są z kolei jedynie czasowo zatrudnionymi zarządcami. Zatem jak każdy zarządca, powinni oni wiedzieć, że w każdej chwili mogą zostać zwolnieni.

Kiedy polityka staje się teatrem, a obywatele widzami, największą cenę płaci państwo. Przeczytaj felieton o tym, jak polityka emocji niszczy reformy.

Kiedy polityka staje się teatrem, a obywatele widzami, największą cenę płaci państwo. Przeczytaj felieton o tym, jak polityka emocji niszczy reformy.

Polska kultura narzekania ma się świetnie. Dlaczego tak łatwo analizujemy porażki, a nie potrafimy cieszyć się z sukcesów? Przeczytaj nowy felieton.