miasto_na_sprzedaz_felieton_1

Polska 2045. W polityce nikt tam jeszcze nie był

Politycy obiecują przyszłość, której sami nie potrafią sobie wyobrazić

Polska polityka uwielbia słowo przyszłość. Przyszłością uzasadniamy elektrownie jądrowe, armię, sztuczną inteligencję, transformację energetyczną, politykę rodzinną, Centralny Port Komunikacyjny, cyfryzację administracji i kolejne miliardy wydawane z budżetu państwa.
Tylko że kiedy wyłączyć prezentacje, konferencje i spoty wyborcze, pozostaje jedno dość niewygodne pytanie: Jak właściwie ma wyglądać Polska w 2045 roku? Nie za rok. Nie po następnych wyborach. Nie na końcu kadencji. Za dwadzieścia lat. I tutaj polityczna elokwencja zaczyna się kończyć. Polska polityka ma plan na następny sondaż, ale nie ma planu na następne pokolenie.

Wszyscy są za nowoczesnością

Posłuchajmy polityków różnych stron. Polska ma być nowoczesna. Bezpieczna. Cyfrowa. Innowacyjna. Bogata. Suwerenna. Zielona, ale konkurencyjna. Z silną armią, tanią energią, dobrymi usługami publicznymi i rosnącą dzietnością. Trudno się z czymkolwiek nie zgodzić. Problem polega na tym, że to nie jest jeszcze wizja państwa. To katalog życzeń.
Prawdziwa strategia zaczyna się dopiero wtedy, gdy trzeba powiedzieć, z czego rezygnujemy, ile coś będzie kosztować, kto za to zapłaci i jakie konsekwencje zaakceptujemy. Jeżeli chcemy silnej armii – ile przez następne dwadzieścia lat będziemy na nią wydawać? Jeżeli chcemy państwa opartego na sztucznej inteligencji – jakie zawody znikną, jakie powstaną i czego od pierwszej klasy szkoły podstawowej powinny uczyć się dzieci? Jeżeli będzie nas coraz mniej – które szkoły, szpitale, gminy i systemy transportowe nadal będą potrzebne w obecnym kształcie? Jeżeli chcemy taniej i stabilnej energii – jaki dokładnie miks energetyczny ma zasilać Polskę w 2040 i 2050 roku? Na tym poziomie zaczyna się polityka państwowa. I właśnie tego poziomu w debacie publicznej najbardziej brakuje.

Demografia: problem, którego nie załatwi konferencja prasowa

Najbardziej brutalnym przykładem jest demografia. Według głównego scenariusza prognozy GUS w 2060 r. Polska może liczyć około 30,9 mln mieszkańców. Nawet scenariusze GUS różnią się skalą spadku, ale wszystkie przewidują zmniejszanie się liczby ludności. To nie jest problem jednego ministerstwa. To jest przebudowa całego państwa. Mniej ludzi oznacza mniej pracowników, inną strukturę wpływów podatkowych, coraz większą liczbę osób starszych, problemy kadrowe w ochronie zdrowia, zmianę rynku mieszkaniowego i konieczność przemyślenia sieci szkół, transportu, administracji oraz systemu emerytalnego.
Tymczasem rozmowa polityczna o demografii najczęściej kończy się na kolejnym świadczeniu. W samym budżecie na 2026 r. na 800+ przewidziano około 61,7 mld zł, kolejne miliardy kosztują inne instrumenty rodzinne. Nie chodzi o ocenę tych świadczeń. Chodzi o coś innego. Transfer pieniężny jest instrumentem polityki społecznej. Nie jest jeszcze wizją demograficzną państwa. Gdzie jest odpowiedź na pytanie, jak ma działać Polska, jeśli za dwadzieścia–trzydzieści lat będzie nas kilka milionów mniej?

AI: wszyscy chcą być liderem. Tylko liderem czego?

Drugim modnym słowem jest sztuczna inteligencja. Każdy chce dziś inwestować w AI. I dobrze. Polska przyjęła w czerwcu 2026 r. Strategię Cyfryzacji Państwa do 2035 r. Rząd deklaruje, że Polska ma być wśród liderów cyfryzacji w Unii Europejskiej, a nie jedynie odbiorcą technologii. Tylko polityczna rozmowa powinna pójść o krok dalej. Co oznacza państwo oparte na AI? Czy za piętnaście lat potrzebujemy takiej samej liczby urzędników?
Jak zmieni się szkoła, skoro uczeń ma dziś w telefonie narzędzie, które potrafi napisać wypracowanie, przetłumaczyć tekst, rozwiązać zadanie i przygotować prezentację? Jak będzie wyglądał rynek pracy prawników, księgowych, analityków, programistów czy pracowników administracyjnych? Czy polska gospodarka ma tworzyć technologię, czy tylko kupować ją od największych światowych firm? To są pytania o przyszłość. Samo zdanie: będziemy inwestowali w AI, jest mniej więcej tak precyzyjne jak deklaracja sprzed stu lat: będziemy inwestowali w elektryczność.

Bezpieczeństwo to nie tylko faktura za czołg

Podobnie jest z bezpieczeństwem. Polska rzeczywiście wydaje ogromne pieniądze na obronność. W budżecie na 2026 r. przewidziano około 200,1 mld zł, czyli 4,81 proc. PKB. To skala, której jeszcze niedawno trudno było sobie wyobrazić. Ale również tutaj pieniądze powinny być początkiem rozmowy, a nie jej końcem.
Jak ma wyglądać polska armia w 2040 roku? Jaką rolę mają odgrywać drony, sztuczna inteligencja, cyberbezpieczeństwo i systemy autonomiczne? Jak chroniona będzie infrastruktura energetyczna, wodociągi, transport, administracja i sieci teleinformatyczne? Jak państwo przygotuje obywateli na kryzys? Bezpieczeństwa państwa nie mierzy się liczbą podpisanych kontraktów zbrojeniowych. Mierzy się zdolnością państwa do funkcjonowania wtedy, kiedy coś przestaje działać.

Atom pokazuje, jak długa naprawdę jest polityka

Energetyka najlepiej pokazuje jeszcze jeden absurd. Pierwszy blok polskiej elektrowni jądrowej ma rozpocząć pracę komercyjną w 2036 r., kolejne przewidywane są na 2037 i 2038 r. Czyli decyzje podejmowane dzisiaj będą przynosiły zasadnicze efekty za kilka kadencji Sejmu. I właśnie dlatego nie da się prowadzić państwa wyłącznie w rytmie czteroletnim. Elektrowni jądrowej nie można co cztery lata budować według nowej filozofii.
Systemu edukacji nie można przebudowywać po każdych wyborach. Polityki demograficznej nie da się ocenić po dwóch latach. Armii nie buduje się pod kadencję ministra. Państwo wymaga ciągłości tam, gdzie polityka produkuje ciągłą zmianę.

Polska ma dokumenty. Brakuje czegoś ważniejszego

Trzeba uczciwie powiedzieć: Polska posiada długookresowe dokumenty. W 2025 r. rząd przyjął Koncepcję Rozwoju Kraju 2050. Co ciekawe, sam rządowy opis zastrzega, że dokument nie zawiera celów ani działań realizacyjnych, lecz jest strategiczną bazą diagnostyczną. I właśnie tu dochodzimy do sedna. Bo nam nie brakuje PDF-ów zatytułowanych strategia, koncepcja, polityka albo program. Brakuje politycznej umowy dotyczącej kilku najważniejszych spraw, których nie wolno rozpoczynać od nowa po każdych wyborach. Energia. Obronność. Demografia. Edukacja. Cyfryzacja. Infrastruktura. Finanse publiczne. To powinien być fundament państwa, a nie zestaw projektów należących do aktualnie rządzącej partii.

Polityk przyszłości powinien powiedzieć coś niepopularnego

Największym problemem polityki długoterminowej jest to, że wymaga powiedzenia wyborcom rzeczy, których nie chcą usłyszeć. Że nie da się jednocześnie obniżać wszystkich podatków i zwiększać wszystkich wydatków. Że starzejące się społeczeństwo będzie wymagało trudnych decyzji. Że transformacja energetyczna kosztuje. Że bezpieczeństwo kosztuje.
Że nie każda szkoła, szpital czy urząd będzie za dwadzieścia lat funkcjonował dokładnie tak jak dzisiaj. Że sztuczna inteligencja nie tylko stworzy nowe możliwości, ale zlikwiduje część obecnych miejsc pracy. Że państwo będzie musiało wybierać. A polityka coraz częściej robi coś dokładnie odwrotnego. Zapewnia każdego, że może dostać wszystko: szybciej, taniej, bez wyrzeczeń, i najlepiej od przyszłego roku.

Państwo to nie kampania wyborcza

Być może największą reformą polskiej polityki nie jest więc kolejna zmiana ordynacji, liczby ministerstw czy sposobu powoływania kolejnej rady. Potrzebujemy powrotu do czegoś znacznie prostszego: umiejętności wyobrażenia sobie państwa, którego polityk prawdopodobnie sam już nie będzie rządził. Dobry minister powinien podejmować również takie decyzje, za które wstęgę przetnie ktoś z zupełnie innej partii. Dobry premier powinien kończyć inwestycję rozpoczętą przez poprzednika, jeśli jest dobra dla państwa. Dobra opozycja powinna umieć powiedzieć: ten projekt rządu będziemy kontynuować. Bo państwo nie zaczyna się w dniu wyborów i nie kończy wraz z kadencją. Może właśnie dlatego warto politykom częściej zadawać jedno proste pytanie: Jak ma wyglądać Polska w 2045 roku?
Nie: ile wyniesie świadczenie, kto zostanie ministrem, z kim powstanie koalicja. Ale jak będziemy pracować, skąd będziemy mieli energię, czego będą uczyły się nasze dzieci, jak będzie wyglądała armia, kto utrzyma system emerytalny i jak państwo będzie działało przy trzydziestu kilku, a później być może około trzydziestu milionach mieszkańców. Jeśli polityk nie potrafi odpowiedzieć, to być może wcale nie proponuje nam przyszłości. Proponuje nam tylko następną kadencję. A Polska potrzebuje czegoś więcej niż programu wyborczego powtarzanego co cztery lata. Potrzebuje wreszcie programu państwa.

Grzegorz Bebłowski

Doświadczony ekspert w dziedzinie zamówień publicznych, działający w branży od 2007 roku. Jako pełnomocnik Ogólnopolskiego Porozumienia Organizacji Samorządowych, przyczynił się do istotnych zmian legislacyjnych, co zostało docenione medalami i wyróżnieniami. Posiada solidne wykształcenie prawnicze i ekonomiczne z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego oraz Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie.
Jako biegły sądowy i członek Polskiego Stowarzyszenia Rzeczoznawców i Biegłych Sądowych, publikuje artykuły i bierze udział w debatach branżowych, dbając o najwyższe standardy etyczne w swojej pracy.

Zapraszam do kolejnych felietonów:

Przewijanie do góry